h1

The week that was

październik 19, 2008

Sam nie wiem co się dzieje, ale nie minął nawet miesiąc a ja ponownie mam ochotę tu coś napisać, sam nie wiem co, ale cóż — być może wyjdzie w praniu acz najprawdopodobniej skończy się na skrótowym streszczeniu ostatniego tygodnia. Co poradzić — ostatni nie mam ni czasu ni chęci na filozoficzne rozważania. :P A raczej… mam z tym, że wyłącznie przez sen a ludzkość niestety nie wymyśliła jeszcze (a przynajmniej ja nic o tym nie wiem) sposobu na zapisywanie myśli. Buhu.

Przede wszystkim: jako że przysiągłem podczas ostatniego wypadu na piwo, iż wspomnę o tym w notce — muszę wyrazić swoje niezadowolenie z powodu niekompetencji ludzi z Sid Pizza. Mam dość mieszane uczucia — z jednej strony od kilku lat kupuję tam pizzę dobrą a tanią przy okazji wyjść na browar z lubelską ekipą, z drugiej: nigdy w życiu nie zdarzyło mi się jeszcze bym musiał czekać ponad godzinę by dowiedzieć się (a to tylko dlatego, że sam podszedłem do kelnera), że pizza będzie za kolejne dwadzieścia minut bo komuś w kuchni spadła karteczka i zapomnieli o naszym stoliku. >< W każdym normalnym lokalu (a przynajmniej cywilizowanym) po takim czasie pizza powinna być podana na koszt firmy a pieniądze zwrócone, tutaj nawet nie usłyszałem przepraszam. Poważnie łamie mi to serce.

Pomijając ten nieprzyjemny incydent, pierwsze od dłuższego czasu grupowe wyjście na piwo w Lublinie było jak najbardziej sukcesem. Leganda (pub na starym mieście, jak ktoś nie był to polecam) jak zwykle nie zawiodła, a w tym tygodniu klimat był (przynajmniej dla mnie) wyjątkowo przyjemny — gwarnie, acz kulturalnie bez drących gębę obwiesiów. Jedynym zgrzytem był fakt, iż po raz kolejny zawinięte ze stolika piwo (oczywiście po tym jak pijące je panny wyszły z lokalu) okazało się doprawionym imbirem shitem a w tym wypadku do tego grzanym. :’( Eh, jakoś nikt nigdy normalnego dobrego browarka nie zostawia (pomijając ten jeden raz w Sesji – zamierzchłe czasy).

Uczelnia, uczelnia… co raz bardziej zaczyna mnie się tu podobać. ;D Szczególnie po dwóch wygranych dzisiaj partiach w UT1. ;) Tydzień pod tym względem upłynął dość spokojnie i bez wydarzeń godnych uwiecznienia w formie elektronicznej. Jak zwykle nie zaskoczyło umiłowanie studentów do robienia wszystkiego na ostatnią chwilę — dziękuję bogom, że stawiłem się przed Działem Spraw Studenckich godzinę wcześniej i czekałem na rozpoczęcie przyjęć, bo jak tylko wyszedłem z pokoju objawiła mi się kolejka na kilkadziesiąt osób sięgająca niemalże wyjścia z akademika. Huehue, pewnie wszyscy myśleli, że przyjdą sobie na 12 i będzie luzik. Suckers.

Z rzeczy wartych wspomnienia pozostaje już chyba tylko pewna wybitna książka, a mianowicie — “Amerykańscy Bogowie” Gaimana. Taak, to chyba tytuł na tyle znany, że nawet ktoś kto normalnie nie interesuje się tego typu literaturą słyszał o nim. W każdym razie — jak dla mnie kolejny dowód (po Nigdziebądź), że Gaiman jest genialnym pisarzem. Naprawdę niewiele pozycji do tej pory było w stanie tak poruszyć moją wyobraźnię jak ta właśnie opowieść. Zdecydowanie polecam każdemu kto potrzebuje dobrej książki do poczytania.

Ah, zapomniałbym. Muszę jeszcze oddać honor mojej nowej uczelni — laboratoria z inf. przenieśli do innej sali, w której stoją sobie zdecydowanie lepsze maszyny. Te mają nawet napędy DVD! (sic!) Niestety to co tam widziałem i tak jest 1000 lat za murzynami a co dopiero za PK. :P

No, to tyle, cheers!